środa, 23 kwietnia 2014

z cyklu: świat kulturalnie - ŚNIADANKO Z RENOIREM

Dziś w ramach cyklu "Świat kulturalnie" 
Piotr zabiera nas w małą podróż 
do pewnego muzeum w Waszyngtonie.
Zapraszamy!

***



Kiedyś dwóch bardzo bogatych kolekcjonerów sztuki w Stanach Duncan Phillips i Albert C. Barnes spoglądali razem na ‘Śniadanie wioślarzy’ autorstwa Pierre-Auguste Renoira. Płótno było niedawno zakupione przez Phillipsa za wielką wtedy sumę w Paryżu w latach 1920tych i znalazło się w tworzonej przez Phillpsa kolekcji w Waszyngtonie. Barnes, bogaty chemik, wynalazca i fundator wspaniałej kolekcji impresjonistów w Barnes Fundation w Filadelfii, zapytał Phillipsa: ‘Czy to jedyne płótno Renoira, które masz?’, a Phillips po chwili odpowiedział ‘Tak, to jedyne płótno Renoira, które pragnąłem mieć’.

‘Śniadanie wioślarzy’ Renoira jest klejnotem kolekcji Phillips Collection w Waszyngtonie http://www.phillipscollection.org/ , która mieści się w pięknej dzielnicy amabasad w okolicach Massachusetts Avenue. Od wielu lat pragnąłem zobaczyć to płótno w orginale. Jest ono obok ‘La Grande Jatte’ George Seurata (które znajduje się w The Art Institute of Chicago) dla mnie najpiękniejszym płótnem impresjonistycznym rodem z Francji.

Światło w ‘Śniadaniu wioślarzy’ jest magiczne dla mnie. Jest obecne odbijając się od białych podkoszulków wioślarzy i ich kapeluszy. Z płótna emanuje radość życia i piękno poranku, piękno kobiet, ale także i piękno mężczyzn. Moment rozmowy i flirtu mężczyzn i kobiet zatrzymany w czasie już na zawsze.  Ten element  ulotności jest nieco zwodniczy, bo kompozycja postaci i przyrody i przedmiotów ich otaczających jest starannie przemyślana, lecz sprawia naturalne wrażenie.


Pozwoliłem sobie na zbliżenia kilku postaci na płótnie. Postać wioślarza w białym podkoszulku i w jasnym kapeluszu siedzącego na odwróconym krześle tyłem do widza wspaniale dodaje światło i właśnie tworzy takie naturalne wrażenie radości bycia w tym momencie. Ta postać to badzo znany malarz Gustave Caillebotte prekursor impresjonizmu.




A po drugiej stronie płótna postać kobieca tak pięknie oparta o balustradę tarasu. 
Dla mnie najpiękniejsza postać na tym płótnie pełna światła.


A na pierwszym planie kobieta w kapeluszu z kwiatami bawiąca się z pieskiem. To dziewczyna a w przyszłości żona Renoira. 
Jako jedyna z kobiet na płótnie ona nie rozmawia i nie flirtuje :^) a według pewnych interpretacji pies to symbol lojalności :^)


Nie wiem czy i Wy tak macie spoglądając na ulubione płótno pragnąc  w nim się znależć? :^) ... jeślibym miał taką możliwość to chciałbym tak sobie stać tak jak ten wioślarz w kapeluszu i spoglądać na grupę swoich przyjaciół, może przysłuchiwać się ich rozmowom, a może tylko w tle, by spoglądać na światło odbijające się od Sekwany w oddali i żagle i łodzie.



Nie sposób nie zchwycić się grą światła wśród owoców i szkła butelek i kieliszków na stole pokrytym białym obrusem, który tak pięknie odbija światło.


Mógłbym godzinami spoglądać na to przepiękne płótno Renoira :^)


Kolekcja Phillipsa jest niewielkim i dodatkowo przez to uroczym museum.  Najwięcej miejsca jest poświęconego artystom amerykańskim, których Phillps za swego życia często wspomagał finansowo i kuopwał ich dzieła często kiedy nie było innych chętnych.  A wśród nich była także moja ulubiona malarka amerykańska Georgia O’Keeffe. Bardzo często tematem jej płócień jest gra światła na liściach i kwiatach ale i w krajobrazie pustynnego południa Stanów.


Kolekcja Phillipsa zajmuje dwa budynki przy skromnej ulicy gdzie akurat kwitły magnolie :^)


PIOTR
PEREGRINO

sobota, 19 kwietnia 2014

...


Z okazji Świąt Wielkanocnych życzymy Wam wszystkim wiele ciepła, radości i pozytywnych dni w gronie najbliższych.

Smacznego jajeczka, bogatego zajączka, ciepła, radości, a przede wszystkim mokrego dyngusa.

Ściskamy was mocno i pozdrawiamy!




A już w maju ruszamy z nowym projektem!
Stay tuned!



Magda & Żaneta

piątek, 18 kwietnia 2014

z cyklu: smaki swiata - CACHUPA

W dzisiejszym poście z cyklu Smaki świata 
- klimaty afrykańskie.
Emilka zaprasza na kulinarne tradycje 
Wysp Zielonego Przylądka!

***

Cachupa – 
królowa potraw na Wyspach Zielonego Przylądka

Kuchnia Wysp Zielonego Przylądka bazuje na kukurydzy, fasoli i rybach. Ale żadna potrawa nie jest tak sławna i związana z kulturą Kabowerdyńczyków jak cachupa (katxupa). O catchupie śpiewa się piosenki, dyskutuje, no i oczywiście przede wszystkim je.

Bazą dla cachupy jest kukurydza. Roślina, która w kulturze i kuchni Wysp Zielonego Przylądka ma znaczenie wyjątkowe. Kukurydzę przywieźli na wyspy portugalscy kolonizatorzy i podobno to ziarno kukurydzy było pierwsze, które dało plon na nieurodzajnych kabowerdyńskich glebach. Dlatego tak dawniej, jak i dziś, roślina ta uważana jest za symbol odrodzenia, nadziei i przetrwania. Stąd też dnia 1 listopada całe Wyspy Zielonego Przylądka zajadają się kukurydzą w każdej postaci, a na Wyspie Santiago organizowany jest nawet Festiwal Kukurydzy. Nie przez przypadek zatem to kukurydza jest podstawowym składnikiem cachupy, najpopularniejszego kabowerdyńskiego dania.

W wersji standardowej towarzyszy jej często fasola i groch, podawana jest z jajkiem sadzonym, omletem lub smażoną rybą, najczęściej makrelą. Ale jest też wersja full wypas – cachupa rica, czyli cachupa na bogato. A wtedy może się znaleźć w niej prawie wszystko, czym spiżarnia bogata, w tym mięso, ryba czy marchewka lub maniok.

Nie tylko aspekt historyczny czy walory żywnościowe i energetyczne sprawiają, że cachupa jest tak popularna i tak ważna w kabowerdyńskiej kulturze. Cachupa bowiem jest daniem bardzo „towarzyskim i biesiadnym”. Jak już gotować cachupę, to z rozmachem i w wielkim garze, dla całej rodziny i sąsiadów!

Nawet dziś cachupa często przygotowywana jest w tradycyjny sposób
Jej przygotowanie jest przede wszystkim, a właściwie było, pracochłonne. Tradycyjne przygotowanie cachupy zająć może nawet cały dzień. Pół dnia na zebranie drewna na opał, a drugie pół dnia na młócenie, przesianie, wyodrębnienie ziaren od otrąb, wrzucenie składników do kotła i mieszanie ich raz po raz. Napisałam było, bo dziś można kupić ziarna poddane obróbce mechanicznej i gotowe do gotowania. Mimo to uwierzcie, że w wielu, wielu miejscach na Cabo Verde spotkać się można z cachupą przygotowywaną w sposób tradycyjny. I żadna cachupa nie smakuje tak wyjątkowo jak ta przygotowana na palenisku!


           Najsmaczniejsza cachupa – tylko z paleniska!
Na palenisku czy na gazie, cachupa swoje wygotować się musi, więc nadal jej przygotowanie jest czasochłonne! Zatem biesiada tak naprawdę zaczyna się już w trakcie jej przygotowywania. Kobiety pichcą i plotkują. A kiedy cachupa jest już gotowa, wszyscy bez wyjątków się nią zajadają. A, że jak wspomniałam, zawsze gotuje się wieeelki gar, to dla nikogo jej nie zabraknie. Z tego też powodu cachupa jest nieodłącznym elementem wszelakich spotkań rodzinnych, imprez firmowych i bankietów. Zaraz po ugotowaniu ma najczęściej konsystencję zupy. Ale gotowanie jej w dużych ilościach ma też inny powód – mimo wielu biesiadników powinno zostać trochę na dzień następny, na..... śniadanie!


Sobotnie śniadanko! Pycha!
Bo, mimo niekoniecznie śniadaniowych składników, niech nikogo nie zdziwi fakt, że to właśnie cachupa guisada, czyli cachupa dnia drugiego, smażona, jest najbardziej typowym i popularnym kabowerdyńskim śniadaniem! - Żeby mieć siłę i krzepę pracować przez cały dzień – jak wyjaśnił mi jeden znajomy.

Na śniadanie czy też nie, cachupa dobra jest na każdą okazję. Kiedyś pojawiała się na stołach codziennie, dziś dniem wyjątkowo cachupowym, zwłaszcza na wyspie Sao Vicente, jest sobota. To właśnie wtedy, większość znajomych mi rodzin gromadzi się w południe przy stole i przy cachupie opowiada sobie jak minął tydzień. A po zakończonej biesiadzie rozdziela się to, co nie zostało zjedzone i... niedzielne śniadanko gotowe!
Hop do góry!
Niegdyś cachupa, a właściwie jej rodzaj – zwykła lub na bogato -  była jednocześnie symbolem podziałów między społeczeństwem.  Na cachupę rica mogli pozwolić sobie co zamożniejsi, pozostali mogli zadowolić się jedynie cachupą w podstawowej wersji, stąd też często nazywano ją cachupa pobre – cachupa dla ubogich. Dziś wersja na bogato dostępna jest dla wszystkich, ale mimo to nawet dziś nie jest pozbawiona symboliki. Podobnie jak jej składniki, które są wyjątkową miksturą kukurydzy, grochu i fasoli przeróżnych rodzajów, takie jest  też społeczeństwo kabowerdyńskie – afrykańsko-europejską miksturą.

Osobiście przyznam się, że ja cachupę uwielbiam i to nawet chyba bardziej wersję podstawową niż full wypas. Zdecydowanie zgadzam się także ze stwierdzeniem,  że daje krzepy na cały dzień, dlatego polubiłam ją na śniadanie. I stworzyłam taką swoją małą tradycję, by jeść ją nieśpiesznie w każdą sobotę rano. W sam raz na sobotnie sprzątanie, zakupy i gotowanie!

środa, 16 kwietnia 2014

z cyklu: świat kulturalnie: CZYM ZAJĄCZEK ZA MŁODU...

Wraz z Niną mieszkającą w Niemczech 
zapraszamy Was na kolejny post 
z cyklu: Świat kulturalnie

***

Czym zajączek za młodu...

Wielkanoc to dobry czas na przedstawienie Wam niewielkiej, lecz wielce uroczej książeczki. Mowa o absolutnej klasyce niemieckiej literatury dziecięcej: Die Häschenschule (Zajęcza szkółka). Autorem rycin jest Fritz Koch-Gotha, rymowanki są pióra Alberta Sixtusa.
Dwa wydania Die Häschenschule w witrynie jednego z antykwariatów.
Książka po lewej wydana jest jeszcze w piśmie Sütterlina,
którego nie byłabym w stanie rozszyfrować.
Z tym małym dziełkiem zetknęłam się już wiele lat temu, zupełnie nieświadomie. A konkretnie z fragmentami ilustracji, które w Niemczech chętnie wykorzystywane są do ozdabiania wszelkich wielkanocnych ozdób, opakowań itp. Sama dostałam kiedyś w prezencie takie dwa wielkanocne jajka. Do źródła sięgnęłam dopiero niedawno.

motywy z książeczki na wielkanocnych jajkach
Die Häschenschule ukazała się w roku 1924. W owych czasach początek roku szkolnego zbiegał się z Wielkanocą, stąd pomysł na połączenie obu tematów. Realia zajęczej szkółki oczywiście mocno odbiegają od współczesnych. Dyscyplina i posłuszeństwo cenione były ponad wszystko! Mamy tu więc trochę srogiego, ale w gruncie rzeczy dobrodusznego i mądrego nauczyciela, który nie waha się wyszarpać niegrzecznego delikwenta za uszy czy posłać go do kąta. Uczniowie szkółki korzystają z elementarza, tabliczki i rysika, siedzą w drewnianych ławach, a naukę rozpoczynają od wspólnej modlitwy. Oprócz tego są... jak normalne dzieci, Małgosia, Jaś czy Maksio. Chłopcy brykają na przerwach na wyścigi, spokojne dziewczynki wolą towarzystwo koleżanek, tu ktoś wyciera łapką nos, gdzie indziej ktoś się bije, tam z kolei znudzony lekcją szaraczek buja w obłokach. Długouchy ubrane są także w stroje z epoki. Belfer ma na nosie binokle, nosi spodnie-pumpy, kamizelkę, surdut i melonik, a z kieszeni wystaje mu czerwona chustka w grochy. Dziewczęca moda to pantalony, sukienki i fartuszki. Chłopcy mają spodenki z dziurką na ogonek (często połatane), szelki i koszule. Także wnętrza są typowo „ludzkie”: kredens w kuchni, na półkach talerze i dzbanki. Do rodzinnej kolacji siada się przy stole w saloniku. Na ścianach wiszą portrety zajęczych przodków, przed ojcem stoi kufel piwa, czeka gazeta i fajka. Posiłki (liście kapusty i rzeżuchę) je się sztućcami, a porusza na dwóch łapkach - zupełnie jak ludzie!

okładka
Przedmioty wykładane w leśnej szkółce są jednak typowo „zajęcze”: nauka o roślinach i zwierzętach, malowanie jajek (bez tego ani rusz!), śpiew, uprawa szkolnego ogródka oraz gimnastyka, żeby móc zmylić myśliwego i uciec przed złym lisem.

fragmenty książki
Ilustracje w Die Häschenschule są po prostu mistrzowskie! Na jednej stronie zajęczo-ludzkie, na drugiej - jednobarwne i realistyczne, życiowe (łowczy z flintą, zwierzątka na czterech łapkach). Oryginalne rysunki i płyty drukarskie zostały zniszczone podczas II wojny światowej. Fritz Koch-Gotha pod koniec lat 40. zilustrował więc Zajęczą szkółkę od nowa. Co ciekawe, zrezygnował wówczas z jednego z nauczycielskich atrybutów - rózgi.
fragmenty książki
Nie mniej urocze są rymowane wierszyki, które odnoszą się do kolejnych epizodów z życia zajęczej szkółki. Bardzo żałuję, że nie mogę zacytować tu choćby fragmentu polskiego tłumaczenia, bo takowe się nie ukazało. Książeczka dostępna jest natomiast w języku szwedzkim (Jösse Hares Skola), włoskim (La scuola dei leprotti), łacińskim (Lepusculorum schola) i, od 2009 roku, angielskim (od 2009 roku; Rabbit School). Fani Beatrix Potter zapewne dostrzegą jej podobieństwo do Piotrusia Królika (The Tale of Peter Rabbit, 1902). Wszystkich, którzy mają ochotę zapoznać się z całością, zapraszam na stronę http://www.eichwaelder.de/Altes/altesbuch59.htm, na której dostępne są zarówno ilustracje, jak i teksty (książeczkę podzielono na dwie części).

fragmenty książki
W późniejszych latach Albert Sixtus uzupełnił Die Häschenschule o Der Häschen-Spaziergang (Zajęczy spacer, 1930), jednak we współpracy z innym rysownikiem. Kilkanaście lat później ukazał się Ein Tag in der Häschenschule (Dzień w zajęczej szkółce), jeszcze innych autorów. Ze względu na ogromną popularność zajęczej serii, doszły do tego i inne wydawnictwa, luźno związane z oryginałem: poradniki i książki kucharskie, zielniki, opisy wielkanocnych zwyczajów i dekoracji, puzzle, a nawet foremki do ciastek w kształcie długouchych bohaterów.

fragmenty książki
Zachęcam do wypróbowania jednego z przepisów Zajęczej Mamy: kawy z likierem jajecznym, popularnym w Niemczech na Wielkanoc. 200 ml ajerkoniaku podgrzewamy z paczuszką cukru wanilinowego, 40 g cukru i 100 ml mleka, przelewamy do dwóch filiżanek. Uzupełniamy 500 ml kawy. Następnie podgrzewamy i spieniamy 100 ml mleka. Pianką dekorujemy napój, posypując wg upodobania kakao. Smacznego!

przepis
Życzę wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom wesołych Świąt i pozdrawiam serdecznie z Niemiec!

Nina

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

z cyklu: opowieści różnych treści - MUZYKA W JĘZYKU WŁOSKIM. DOSŁOWNIE?

Zapraszamy na kolejny post z naszego poniedziałkowego cyklu
opowieści różnych treści.

Dziś będzie muzycznie...
A konkretnie o tym.. co słychać we Włoszech...
O tym opowie Wam Michasia mieszkająca w Mediolanie.

Miłej lektury!

***

Język włoski to muzyka dla uszu.

Intonacja, melodia, gęstość samogłosek i delikatnych, miękkich brzmień podwójnych spółgłosek sprawiają, że od wieków uwielbiano śpiewać w tym języku, składać muzyczne deklaracje miłości, wykonywać tragiczne arie operowe i oddawać się rozkoszy chłonięcia dźwięcznej mowy w salach teatralnych i koncertowych.

We Włoszech muzyka jest wszechobecna.

Towarzyszy Włochom na co dzień, nawet w najbardziej prozaicznych czynnościach, takich jak mycie okien, praca przy komputerze, podczas jazdy autobusem (i mowa o śpiewających kierowcach) czy podczas porannej kawy popijanej na balkonie!

A samą muzykę można odnaleźć nie tylko w melodii języka czy na ulicy, ale również w powiedzeniach wplatanych w codzienne rozmowy, czyli w tzw. modi di dire.

Jak odnaleźć się pośród tych muzycznych idiomów? 
To prostsze, niż myślicie.

I tak, Włochom często zdarza się przyjść na spotkanie z dużym spóźnieniem, czy jak mówią “przyjść po muzyce, po tym, jak skończono już grać”. Zatem arrivare dopo la musica czy arrivare a musica finita znaczy spóźnić się na najważniejszy punkt zebrania, gdy już muzyka ucichła i kluczowe słowa zostały wypowiedziane. Przepadło. Orkiestra skończyła grać.

Łatwiej będzie nam zrozumieć tę swobodę w podejściu do punktualności, jeśli weźmiemy pod uwagę, że często na takich spotkaniach dyskutuje się w nieskończoność, mówi się w kółko o tym samym, prowadzi długie rozmowy, nawet może w nieco inny czy trochę bardziej wyszukany sposób, zawsze jednak “grając na tę samą nutę czy będąc zawsze tą samą melodią”, czyli po włosku essendo sempre la stessa musica. Zdecydowanie lepiej unikać zatem uderzania w taki ton, który szybko znudzi naszych słuchaczy.

Gorzej, jeśli Włosi przychodzą spóźnieni, a dyskusja była niesłychanie wciągająca i inspirująca, czyli mogła wręcz “być muzyką dla ich uszu” - essere la musica per le loro orecchie.

Nie pozostaje im wówczas nic innego, jak dołożyć starań, by szybko poprawić swój nastrój
i wykrzyknąć do pozostałych niepocieszonych spóźnialskich: Musica maestro! i znaleźć dobry powód, by zaprosić wszystkich do wspólnego świętowania, zabawy i relaksu, zawsze jednak z lekkim przymrużeniem oka!



Oczywiście, istnieją punktualni Włosi (to nie oksymoron!). Wtedy okazuje się, że to zupełnie “inna muzyka” (essere un’altra musica) czyli nasza polska “zupełnie inna bajka”. Zdarzają się przecież i we Włoszech osoby niesłychanie dobrze zorganizowane, które panują doskonale nad każdą sytuacją i planują wszystko zawczasu. Bywa, że nie odnajdują się we włoskiej nieco chaotycznej rzeczywistości, “gdzie muzyka, i owszem, się zmienia, ale muzycy pozostają ci sami” - cambia la musica ma non i suonatori. Co znaczy to powiedzenie? Po prostu zawód codziennością (np. polityką), gdzie wydaje się, że sprawy idą w dobrym kierunku i zachodzą pozytywne zmiany, a tak naprawdę wszystko zostaje ‘po staremu’.

I zamiast w nieskończoność narzekać, wyrażać zawód, wyjaśniać, uzasadniać raz obraną pozycję i podkreślać nasze zdanie, czyli “oprawiać w muzykę” - mettere in musica - litanię naszych myśli, warto, za sławnym kompozytorem, krzyknąć: Paganini non ripete! (“Paganini nie powtarza”) i zamilknąć w sposób wielce wymowny!


fot. Bartek Wesołowski
Michasia

środa, 9 kwietnia 2014

z cyklu: świat kulturalnie - "OSKAR I PANI RÓŻA"

Dziś zapraszamy na kolejny post z cyklu 
"Świat kulturalnie".

O cudownej książce Erica Emmanuela Schmitta 
opowie Wam Nika.
Zapraszamy!

***

"Codziennie patrz na świat, 
jakbyś oglądał go po raz pierwszy"

Nasz środowy cykl Klubu Polek na Obczyźnie pod hasłem « świat kulturalnie » , poświęcony jest wyjątkowym, współczesnym książkom, muzyce, filmom lub przedstawieniom z kraju, w którym aktualnie mieszkamy. 

Wybierając jedną jedyną pozycję nie zawahałam się ani przez moment. "Oscar i Pani Róża" to nawet nie powieść, lecz kilkudziesięciostronicowe opowiadanie. Istnieją też filmy i przedstawienia zrealizowane na jego podstawie.

Jest to tekst tak silny emocjonalnie, że niewiele jest chyba osób, które pozostaną po lekturze nieporuszone.

Eric Emmanuel Schmitt jest znanym i tłumaczonym na wiele języków francuskim autorem. Napisał wiele wartościowych utworów: noweli i sztuk teatralnych. Od kilku lat mieszka w Brukseli, lecz nadal pozostaje ściśle związany z Francją, a w szczególności z Paryżem, gdzie posiada nawet własny teatr, w którym wystawiane są jego sztuki. Z wykształcenia jest filozofem.

To bardzo ciekawa postać, lecz nie o autorze chciałam dziś napisać, lecz o - moim zdaniem – najlepszym jego utworze.

Od lat powtarzam wszem i wobec, że "Oskar i Pani Róża" to utwór przynajmniej tej samej rangi co "Mały Książę" (o ile nie większej, ale to już pokaże przyszłość).

Moim zdaniem każdy  powinien choć raz przeczytać ten tekst. A najlepiej wracać do niego od czasu do czasu, gdyż nasz odbiór zmienia się wraz z mijającym czasem.

Temat chorego na białaczkę dziesięcioletniego dziecka jest trudny już sam w sobie. To nie jest normalne, że jedni dostają od losu wszystko, a inni nie mają nawet szans na przeżycie poszczególnych etapów życia: dzieciństwa, młodości, dorosłości, dojrzałości i starości.

To niesprawiedliwe, ale życie nie daje nam wyboru.

Oskar takiego wyboru nie ma na pewno. Chory na białaczkę, coraz słabszy, widzi i rozumie, że "nie jest dobrym pacjentem, bo nie udaje mu się zdrowieć". Lekarze widzą w nim symbol klęski swych metod leczenia i czują się bezradni. Pielęgniarki litują się, a rodzice udają, że są "dzielni" i unikają konfrontacji z rzeczywistością.

Jedynie Pani Róża, wolontariuszka odwiedzająca chore dzieci w szpitalu, aby dotrzymać im towarzystwa, zauważa w nim prawdziwego, choć małego, człowieka. To ona pomaga mu przeżyć 12 dni, które mu pozostały tak, jakby przeżywał wszystkie etapy życia aż po starość. Zachęca go do rozmowy z Bogiem, w którego Oskar nie wierzy, bo dorośli już go raz "nabrali" w sprawie Mikołaja. Opowiada mu o swych przygodach zapaśniczki sprzed lat i pomaga Oskarowi zaakceptować śmierć i cierpienie.  

                                "-Właściwie nie boję się nieznanego. Tylko trochę szkoda mi stracić to, co znam." – to słowa Oskara po jednej z takich rozmów

                               
Pani Róża, odwiedza Oskara każdego dnia i po prostu z nim rozmawia. Rozmawia i słucha jego wywodów, opowieści o tym co się stało pomiędzy jej wizytami. Oskar "przeżywa" na jej prośbę każdego dnia 10 lat, a my czytając przeżywamy każde słowo opowiadania. Do pewnego stopnia "przeżywamy" przyśpieszone życie Oskara razem z nim. Dojrzewamy razem z nim.

Oskar zwraca się do Boga jak do kumpla, zaczynając swój pierwszy list od pokreślenia faktu, że w niego nie wierzy.

                                "Nazywają mnie Jajogłowym, wyglądam na siedem lat i nigdy się do Ciebie nie odzywałem, bo nawet nie wierzę, że istniejesz"

W dniu dziewiątym Bóg składa "niewidzialną" wizytę Oskarowi, dokładnie tak jak uprzedzała go Pani Róża.

                                "Zrozumiałem, że jesteś obok. Że zdradzasz mi swój sekret: codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go po raz pierwszy.
Więc posłuchałem Twojej rady i pilnie wykonałem polecenie. Po raz pierwszy. Wpatrywałem się w światło, w kolory, drzewa, ptaki, zwierzęta. Czułem, jak powietrze wpada mi w nozdrza i sprawia, że oddycham. Słyszałem głosy rozbrzmiewające w korytarzu jak pod kopułą katedry. Czułem, że żyję. Drżałem z rozkoszy. Co za radość żyć. Byłem zachwycony."

Po tych odwiedzinach chłopiec czuje już inaczej i próbuje to wyjaśnić swym rodzicom, których kocha, choć początkowo okazali się "tchórzami" w obliczu śmierci.

                                "Próbowałem tłumaczyć rodzicom, że życie to taki dziwny prezent. Na początku się je przecenia: sądzi, że dostało się życie wieczne. Potem się go nie docenia, uważa się, że jest do chrzanu, za krótkie, chciałoby się niemal je odrzucić. W końcu kojarzy się, że to nie był prezent, ale jedynie pożyczka. I próbuje się na nie zasłużyć."

    Czy w naszym codziennym życiu potrafimy zasłużyć na otrzymana "pożyczkę"? Jak bardzo staramy się rozmawiać z bliskimi na trudne tematy? Czy nie próbujemy zbyt szybko przeskakiwać pewnych etapów? Czym jest cierpienie? Czym jest otwarcie na drugiego człowieka?

   To zapewne nieliczne z wielu pytań, które przyjdą wam do głowy po przeczytaniu "Oskara".
Zaopatrzcie się więc w pudełko chusteczek, bo bez nich się raczej nie obędzie i zasiądźcie do lektury , która zmieni waszą duszę i wasz sposób patrzenia na otaczający nas świat :)

Michèle Laroque w roli Pani Róży i mały Amir w roli Oskara
we francuskiej wersji filmu

*****

Kilka linków związanych z "Oskarem i Panią Różą"

Strona web Erica Emmanuela Schmitta po francusku:

Ta sama strona web istnieje również po angielsku, niemiecku i hiszpańsku:


FB Erica Emmanuela Schmitta po polsku:
            https://www.facebook.com/pl.schmitt


You Tube :
film po francusku (2009) w reżyserii samego autora ze znaną aktorką Michèle Laroque w roli Pani Róży (w filmie Rose staje się Panią Różą nieco wbrew swej woli)

Plakat do francuskiej wersji filmu w rezyserii samego autora,
Erica Emmanuela Schmitta

Krótki wywiad z Michèle LAroque na temat filmu:


You Tube :
Polski Teatr Telewizji w reżyserii Marka Piwowskiego (2005)
     

Autor stworzył też na podstawie opowiadania  sztukę teatralną, która jest monodramem opowiadanym po śmierci Oskara przez Panią Różę.

W pierwszej jego inscenizacji w sezonie 2003-04 grała znana aktorka francuska Danielle Darrieux.

Plakat do inscenizacji teatralnej "Oskara" z Danielle Darrieu
w roli pierwszej Dame Rose na teatralnej scenie

Osobiście miałam okazję obejrzeć w 2006 roku inscenizację z inną świetną francuską aktorką Annie Duperey w roli Pani Róży.  Było to tak mocne przeżycie teatralne, że do tej pory pamiętam każdy moment spektaklu i ogarniające mnie wówczas emocje. Do dziś jest to dla mnie bezcenne przeżycie.
Oto mały fragment tego spektaklu na Youtube:

Plakat do monodramu "Oscar et la Dame Rose" z Annie Duperey w roli głównej

Książkę mam w domu od lat, i w oryginale po francusku i w polskim tłumaczeniu. Często do nich wracam i równie często rekomenduję swoim znajomym i bliskim, którzy nie mieli jeszcze okazji jej przeczytać.


Tym bardziej jestem wdzięczna dziś naszemu Klubowi Polki na Obczyźnie, który dzięki swemu środowemu cyklowi umożliwił mi zarekomendowanie mego ulubionego utworu szerszej rzeszy potencjalnych czytelników.

Nika

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

z cyklu: opowieści różnych treści - OSTATKI W LEON

Ostatki już co prawda za nami,
ale - ponieważ projekt językowy zapchał cały marzec -
czas na post o ostatkach w hiszpańskim Leon nadszedł dopiero teraz...

Zapraszam Was na bardzo pozytywny post Ewy
zakończony cudownymi zdjęciami!

Miłej lektury:)

***

Odkąd mieszkam w Hiszpanii, cały czas mam wrażenie, że tutaj się nieustannie coś świętuje. A to nagle jakiś dzień wolny wypada, a to z nienacka jakaś parada idzie ulicami, a to rodzina przyjeżdża bo akurat u nich był dzień wolny i mają długi weekend. Trzeba przyznać, że Hiszpanie są w świętowaniu dobrzy i bardzo to lubią. Nie sposób więc nie poświętować końca karnawału, prawda?

            Podczas gdy ja z kubkiem herbaty i tłustoczwartkowym pączkiem cieszyłam się “domowymi ostatkami”, w Leon rozwieszano klapsydry. Zatrzymując się w sobotę przed jedną, spytałam swojego prywatnego Hiszpana, kto to znany zmarł, bo widzę, że klapsydry niemal na drzwiach każdego baru. Na co mój Hiszpan z uśmiechem na twarzy (uśmiech w stylu: trolling zakończony sukcesem) odparł żebym sobie poszła i poczytała. Tak oto moim oczom ukazała się ta oto klapsydra:

Pogrążona w smutku rodzina oznajmia, że jak co roku o tej porze zmarła Pani Sardynka (wdowa po Panu Sardeli). Zmarła po otrzymaniu sakramentów i sosu czosnkowego. Niech spoczywa w pokoju.

No i wszystko stało się jasne, kolejny ciekawy obyczaj, który zaskoczył mnie na hiszpańskiej ziemi. O co chodzi? A no o to, że w Środę Popielcową, uroczyście grzebie się i pali sardynkę, jako symbol zapomnienia przeszłości i wielkopostnego odrodzenia do “Nowego”. Pogrzeb jest bardzo podniosły z procesją i muzyką.

            Zanim jednak karnawał wraz z Panią Sardynką zostanie pogrzebany, Hiszpanie hucznie bawią się na najróżniejszych imprezach ostatkowych. Najbardziej znane obchody (które podniesiono do rangi wydarzeń kulturalno- turystycznych) możemy zobaczyć między innymi na Teneryfie, w Cadiz i Solsonie, jednak praktycznie każdy region Hiszpanii ma coś do zaoferowania. Niestety nie miałam jeszcze  okazji by wziąć udział w wielu karnawałach hiszpańskich.

Tu w Leon, już cały tydzień odbywają się koncerty, wystawy, spotkania oraz najróżniejsze wydarzenia gastronomiczno- kulturalne. Na przykład można wziąć udział w “Rondach” czyli wspólnym wychodzeniu na tapas. Idea “Rondy” którą można przetłumaczyć jako rundę/ kolejkę polega na tym, że w pierwszym barze za wszystkich ze swojej grupki płaci jedna osoba, w kolejnym kolejna i tak aż wszyscy z grupy zafundują tapę. Ilość osób w naszej grupce jest więc rzeczą dość strategiczną:) Podczas “karnawałowych Rond” można uświadczyć niewielkich zniżek i specjalnej oferty tapasowej.

Kolejnym wydarzeniem na większą skalę była parada przebierańców, która w sobotę wieczorem, nawet mimo deszczu, przeszła ulicami miasta. Przebrania, piękne, pracochłonne były następnie oceniane w konkursie. Każdej grupce towarzyszyła orkiestra albo chociażby muzyka rozwalona na cały możliwy regulator. Dodatkowo też, ocenie podlegały “karoce” czyli przygotowane platformy. Bardzo często bary przebierańcom oferują zniżkę albo kolejkę gratis. Przebierają się wszyscy od dzieci w wózkach po osoby w zacniejszym wieku.

Podczas karnawału przygotowuje się też, albo kupuje, hiszpańską wersję faworków- orejas de carnaval czyli uszy karnawałowe. Ciasto jest bardzo zbliżone do tego chruścikowego (jak to się u mnie w domu nazywa), jednak dużo twardsze i tłustsze. Na koniec obsypane cukrem pudrem. Nie jest to co prawda polski faworek, ale z braku laku....

Poniedziałek jest dniem wolnym dla uczniów, więc dzieci i młodzież mają długi weekend. We wtorek wieczorem odbędzie się parada i wystawa prezentująca przebieg karnawału i zwyczaje w poszczególnych częściach Leon.

Wszystko to zakończy się jak już wspomniałam pogrzebem sardynki. Chociaż może słowo “zakończy się” nie jest najwłaściwsze. Pogrzeb sardynki bowiem rozpocznie przygotowania do obchodów Wielkiego Tygodnia, a to już jest zupełnie inna historia:)


Chyba największe zwyciężczynie Cruelle z dalmatyńczykami

Hiszpańska wersja Chin

Jedna z tutejszych piękności

Najlepsze przebranie na niepogodę czyli meduza

ostatkowi przebierańcy z Leon

Szkoła biorąca udział w paradzie

Tradycyjne stroje karnawałowe z regionu Leon

Uszy karnawałowe

Przejście przebierańców karnawałowych

Klapsydra sardynkowa

Pogrzeb Pani Sardynki
Biedna sardynka spłonęła jak co roku

Zostały po niej tylko zgliszcza tak jak po Karnawale